Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Absurd i bzdura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Absurd i bzdura. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 stycznia 2021

Moda na morsowanie. Wypowiedzi dla Newsweeka

Taki miniwywiad wyszedł z krótkiej współpracy z Panią Renatą Kim z Neewsweeka:

 
RK: Dlaczego te kilka lat temu zaczął Pan morsować?

WI: Po okresie wieloletniego, intensywnego nadużywania alkoholu, szukałem sposobów na odzyskanie zrujnowanego zdrowia i wypełnienie osobistego czasu jakąś rozsądną, wartościową aktywnością. Morsowanie było właśnie jedną z takich aktywności. Zdrowiejące, uzależnione od różnych substancji osoby, często zaczynają morsować. Jest to sposób na zastąpienie destrukcyjnych rozrywek czymś niezwykłym i emocjonującym, ale pozytywnym i zdrowym. Poza tym, zawsze lubiłem takie niszowe, oryginalne wyzwania, a trzeba pamiętać, że wtedy było to zajęcie zupełnie niepopularne. No i zimy bywały jeszcze piękne - prawdziwe, śnieżne i mroźne.
 
Co Panu wtedy dawało morsowanie?

Chyba przede wszystkim emocje, zastrzyk adrenaliny i „hormonów szczęścia”. Morsowanie jest dla ustroju dużym i niezwykłym wyzwaniem, bo człowiek nie jest stworzony do życia w lodowatej wodzie. Rozsądnie uprawiane, zimne kąpiele błyskawicznie mobilizują siły witalne organizmu, odświeżają ciało i umysł. Kiedy człowiek uzyska pewną wprawę, mogą być bardzo przyjemne. Z czasów przedmorsowych miałem dość irytujące, męczące dolegliwości, związane z kontuzją kolana. Ustąpiły całkowicie po jednym sezonie morsowym. Nie zauważyłem natomiast u siebie wzrostu ogólnej odporności, o którym tak często mówili inni morsujący.     
 
Wojtek Imielski w przeręblu, ok. 2009, fotka: Sonny
 

środa, 18 listopada 2020

Tu leży pies pogrzebany. Recenzja książki Jakuba Gończyka

Podobno ten, kto służy w Policji, nie śmieje się w cyrku. Zasada ta dotyczy wielu branż, ale mundurowych chyba szczególnie. Mawia się czasem, że państwowe służby to ostoja wszelkiej patologii. Zgadzam się z tym, przynajmniej w części. Do Policji trafia wielu idiotów, a szczególna hierarchia i dyscyplina służbowa to czynniki budujące bardzo specyficzne środowisko.

Niejeden psychopata marzy o wyrywaniu lasek na mundur, blachę i klamkę. W Policji służą jednak także ludzie dzielni i skłonni do najwyższych poświęceń, wrażliwi na ludzką krzywdę i do szaleństwa odważni, nieprzeciętnie inteligentni i bezkompromisowo praworządni. Wykonują niebywale trudną pracę. Balansowanie pomiędzy moralną powinnością i prywatnymi emocjami a służbowym obowiązkiem, od każdego prawdziwego psa wymaga nie lada elastyczności.     
 
 
 

Po drugiej stronie jest masa, zwana społeczeństwem. Coraz bardziej roszczeniowi obywatele, którzy z telewizyjnych seriali czerpią rzetelną wiedzę o swoich niezbywalnych prawach. Wymachujący szabelkami pieniacze, zgłaszający w prokuraturze, że podczas interwencji policjant rozerwał im dżinsy. Wymagający podatnicy, narzekający na nieudolność Policji i jednocześnie permanentnie utrudniający jej pracę - głównie z powodu patologicznie rozumianej solidarności z lokalnym marginesem społecznym. Coraz bardziej biegli operatorzy telefonicznych kamer, nagrywający emocjonujące materiały z policyjnych interwencji. Tzw. internauci, publikujący filmy, na których funkcjonariusz używa słów niecenzuralnych albo kopie śmierdzącego lumpa w dupę. Policja jest zła, kiedy nie interweniuje. Jeszcze gorsza, kiedy działa. Ot, syndrom prawdziwego Polaka. 
 

niedziela, 1 maja 2016

Psycholog i pieniądze

Swego czasu pewna kobieta poprosiła mnie o recenzję swojej książki. Pani była jedną z milionów ciężko pokrzywdzonych niewiast, na własną prośbę bestialsko maltretowanych przez tzw. „psychopatę”, i jedną z niewielu, które o swoich dramatycznych przygodach zdecydowały się napisać książkę. Rzekoma lub faktyczna „psychopatia” partnera wyjątkowo często służy uzasadnianiu własnej nieudolności, gnuśności, głupich decyzji, braku konsekwencji i umiejętności wyciągania wniosków z doświadczeń. Książka jednak podobała mi się, nawet bardzo, uważałem ją za ciekawą i cenną, zgodziłem się więc i w ciągu niedługiego czasu nie tylko napisałem pełną zachwytów recenzję. Wykonałem także nieodpłatnie niełatwą korektę książki. Dlaczego nieodpłatnie? Ponieważ w ciągu kilku poprzedzających pisanie tygodni zdążyliśmy się, o zgrozo, trochę zaprzyjaźnić. Sytuacja ta zresztą na zawsze wyleczyła mnie z internetowych przyjaźni (za co do dzisiaj, bez cienia ironii i kpiny, jestem autorce książki autentycznie wdzięczny), a zwłaszcza ze zwyczaju natychmiastowego wypijania sieciowego bruderszaftu, na zasadzie: „panie Wojciechu drogi, a może byśmy tak sobie po imieniu…?”. 


wtorek, 21 lipca 2015

Czy homoseksualizm jest normalny...?



Dedykuję Niuni Dorotce :) 

Ostatnio coraz częściej, przy wielu okazjach pojawia się temat homoseksualizmu, mniejszości homoseksualnych i tzw. „tolerancji”. Na Facebooku moi znajomi na swoje profilowe zdjęcia nakładają tęczowe filtry, a temat gejów, lesbijek i podobnych grup nie opuszcza pierwszych stron gazet (tak naprawdę to nie wiem, bo nie czytuję gazet, ale tak jakoś zgrabnie zakończyło mi się to zdanie).

Pod jednym z moich artykułów, który zresztą dotyczy schizofrenii, a nie homoseksualizmu, wywiązała się dość bogata dyskusja. Ponieważ temat wzbudza silne emocje, a ciągle ktoś mnie o to pyta, poświęcam krótki wpis mojemu stosunkowi do sprawy.

Powtarzałem wielokrotnie, że nie mam nic przeciwko homoseksualistom (ani innym –istom, -inom, -ijkom itd.). Nie mam nic przeciwko komukolwiek, kto nie szkodzi innym ludziom. Jestem zwolennikiem poglądu, zgodnie z którym granice wolności jednostki wyznaczane są przez granice wolności innych jednostek. Moim więc zdaniem każdy ma prawo robić cokolwiek, dopóki nie wyrządza szkody innym.


sobota, 6 grudnia 2014

Przygody nieuczciwego podatnika. Debilizm polskiej biurokracji

W każdej ludzkiej historii obecny jest element psychologiczny. Zawód urzędnika, zwłaszcza w polskiej odsłonie, jest od zawsze obiektem moich kpin i złośliwości. Zjawisko biurokracji jest dla mnie jednym ze zjawisk najbardziej niezwykłych, absurdalnych i idiotycznych, choć oczywistym jest, że państwo bez urzędów istnieć nie może. Tyle, że gdyby zlikwidować 50% istniejących urzędniczych stanowisk, najprawdopodobniej cały aparat państwowy, szczególnie zaś Skarb Państwa, głęboko by odetchnął. Z całą zaś pewnością odetchnęliby obywatele. 

W moim odczuciu machina biurokratyczna jest przede wszystkim w miarę wygodną przechowalnią pracowników nieudolnych, nietwórczych i pozbawionych jakichkolwiek szczególnych ambicji czy pomysłu na własne życie, choć ta reguła, jak każda, ma swoje wyjątki. Spotykam wielu urzędników kompetentnych, kulturalnych, a przy tym uprzejmych, przystępnych i sympatycznych. Czasami trafiam jednak na tępych, upartych, intelektualnie i interpersonalnie ograniczonych, a przy okazji niemiłych, wyzutych z umiejętności rozumienia czyjejś trudnej sytuacji i zazwyczaj kompletnie pozbawionych poczucia humoru. 
 
Miewam wrażenie, że dużo prościej byłoby wynegocjować wypłatę gotówki z zepsutym bankomatem, niż spowodować, by pani Krysia czy Helenka nadały bieg jakiejkolwiek, najprostszej nawet sprawie. Tym bardziej, że z urzędniczego punktu widzenia, nawet sikanie nie jest tak po prostu proste.

piątek, 28 listopada 2014

Majster Bieda




Wszystkim, którzy podobnie jak ja:

- mają dość życia w skonsumpcjonizowanym świecie sztucznych wartości, 

- mają gdzieś drabinę i hierarchię społeczną oraz związany z nimi porządek dziobania,

- czują wstręt do zatrutych chorymi ambicjami miast i środowisk,

- nie przepadają za tłumem,

- nie czują potrzeby żarcia aż do pęknięcia żołądka, 

- nie uważają zakupów za podstawowy cel swojego życia, 

- nie zamierzają wykrwawić się w walce o potocznie rozumiany, przeliczalny na szmal tzw. "sukces",

- nie mają zwyczaju całować nikogo po dupie, 

- kochają Bieszczady i muzykę Wolnej Grupy Bukowiny,

- czują nieprzeparty wstręt do galerii handlowych, promocji, wyprzedaży i "specjalnie dla nich przygotowanych ofert", 

itd., 

serdecznie polecam krótki film o życiu Władysława Nadopty. 

I w ogóle cały cykl o bieszczadzkich zakapiorach. U jednego z nich, w knajpie, za czasów studiów, za piwo grałem na gitarze dla ludzi. Ech, czasy... 





   

niedziela, 9 listopada 2014

Psychologiczna opinia sądowa na zlecenie prywatne

Ważna informacja:
Osoby czytające poniższy artykuł informuję, że od dawna nie jestem już biegłym sądowym w zakresie psychologii i nie udzielam żadnego poradnictwa w tym obszarze. Nie orientuję się także w obecnych przepisach, które dotyczą udziału psychologów w postępowaniach, ani w praktyce prawa na tej płaszczyźnie. 
 
 
Biegły sądowy to specjalista z jakiejś dziedziny, sporządzający dla sądu ekspertyzę i opinię w konkretnej sprawie i w zakresie swoich specjalistycznych kwalifikacji. W teorii sąd, aby podjąć możliwie słuszną decyzję, potrzebuje biegłych z powodów zupełnie oczywistych – po prostu nie dysponuje profesjonalną wiedzą z zakresu dyscyplin nie związanych z samym prawem i jego praktyką. Wynika to z prostego założenia, że sędzia nie zna się na wielu rzeczach, mających znaczenie dla konkretnej sprawy sądowej. Jeśli rozstrzygnięcie problemu wymaga zasięgnięcia wiadomości specjalnych, sąd powołuje więc biegłego sądowego z określonej dziedziny.


Teoretycznie można wyobrazić sobie, że w ramach toczących się postępowań, znaczenie mogą mieć informacje specjalne właściwie z każdego obszaru tematycznego. Z tego punktu widzenia, biegłym sądowym w pewnych warunkach może zostać przedstawiciel dowolnego zawodu. Przykładowo – jeśli przedmiotem sprawy lub dowodem w niej jest zegarek, sąd w razie dotyczących zegarka wątpliwości, może powołać biegłego zegarmistrza, choć takie rozwiązanie będzie raczej jednorazową, wyjątkową sytuacją. W praktyce, biegli sądowi to zazwyczaj przedstawiciele kilku powtarzających się profesji – psychologowie, psychiatrzy i lekarze innych specjalności (przede wszystkim medycyny sądowej), specjaliści kryminalistyki, specjaliści od analizy wypadków drogowych, rzeczoznawcy w różnych zakresach itd. Osobną, specyficzną grupę stanowią sądowi tłumacze przysięgli (w pewnym sensie tłumacz również jest biegłym sądowym).   

wtorek, 16 września 2014

Efekt mechanika

Pod wpływem opowieści Agnieszki postanowiłem przypomnieć taki wpis. 

Z nieistotnych w tym miejscu powodów często zdarzało mi się zmieniać mechaników samochodowych. Bywając w wielu warsztatach zauważyłem pewne charakterystyczne zjawisko. Niemal każdy kolejny, oglądający mój samochód znawca i konsultant uważa za stosowne w sposób niewybredny deprecjonować wszelkie poczynania swojego poprzednika. Przybiera to zazwyczaj taką mniej więcej postać: „ja pierdolę, co on tu panu narobił!”, często z towarzyszącym, efektownym chwytem oburącz za głowę lub przynajmniej z wymownym grymasem i machnięciem ręką. 


środa, 29 stycznia 2014

Carski biurokrata. Osobowość anankastyczna (osobowość obsesyjno – kompulsywna)

Rysy charakterystyczne dla tej formy zaburzeń osobowości są dość często spotykane w życiu codziennym. Pozwolę sobie rozpocząć od nieco anegdotycznego opisu własnych przygód w Wielkiej Brytanii, gdzie miałem nieprzyjemność pracować m. in. w bangladeskiej kuchni…

Właścicielem restauracji i przy okazji szefem kuchni był w tym lokalu niejaki Ahmed. Ahmed był muzułmaninem, mężczyzną w wieku ok. 45 lat, wyjątkowo niskiego wzrostu. Mierzył najwyżej 160 cm. Braki w posturze nadrabiał umiejętnościami wokalnymi – cały, okrągły dzień darł się bowiem i wrzeszczał wniebogłosy.



Człowiek ten na każdą, najdrobniejszą, pojedynczą czynność miał opracowany swój jedynie słuszny, najmądrzejszy patent. Aż dziwne, że nie zdobył nagrody Nobla w dziedzinie ergonomii. Niezależnie od tego, czy chodziło o przesypywanie frytek z rondla do torebki, zapisywanie zamówień na kartce, obieranie cebuli czy o zmywanie podłogi, wymagał wykonywania zawsze tych samych, szczegółowo zaplanowanych i opracowanych przez siebie ruchów – w tej samej, standardowej liczbie i kolejności. Robił awanturę o nieprawidłowe ułożenie dłoni na łopatce do frytek, narzekał na ciągłe marnowanie cennego czasu, pomimo, iż jego wrzaski i formułowane drobiazgowe pouczenia powodowały kompletnie niepotrzebne przestoje w obsłudze klientów. Wprowadzały też niecodzienną nerwowość w zachowaniu pracowników.

sobota, 18 stycznia 2014

On ogląda filmy porno!





Zarówno mężczyźnie jak i kobiecie zakazana miłość sprawia przyjemność, 
mężczyzna jednak słabo maskuje swoje uczucia, kobieta zaś pożąda w skrytości.

Owidiusz, Sztuka kochania



Swego czasu dość intensywnie udzielałem się jako psycholog-ekspert na internetowych forach wsparcia. Osoby biorące udział w dyskusjach zgłaszały najrozmaitsze problemy, zwykle zresztą powtarzały się te same, normalne ludzkie przypadki. Często chodziło o naprawdę przykre, ciężkiego kalibru sprawy, jak wypadek, czyjaś śmierć czy poważna choroba. Czasami jednak rodzaj sygnalizowanych problemów przyprawiał mnie o zwyczajne rozbawienie. Na portalach typowo kobiecych jednym z najzabawniejszych tematów była męska pasja do wyrafinowanych form filmowej erotyki. Oto zrozpaczona żona, w akcie ostatecznej desperacji donosi, że mąż uwielbia oglądać filmy porno! „To okropne! Co mam robić? Czy wasi mężowie też tak mają?”

Przygotowując ten krótki artykuł wpisałem w wyszukiwarkę Google hasło „mąż ogląda filmy porno”. Jak się okazuje, temat cieszy się w Internecie zainteresowaniem naprawdę masowym.

   

wtorek, 26 listopada 2013

Pojedynek

Prawdziwy poker to dwóch przeciwników, 
a istotą gry jest uzyskanie przewagi.

Jan Nowicki w filmie „Wielki Szu”, 1982, reż. Sylwester Chęciński 



Gdzieś na początku października miałem okazję kolejny raz wziąć udział w Rawa Blues Festival. Sam festiwal wypadł świetnie i była to być może najlepsza jego edycja w moim życiu, a tych edycji widziałem już wiele. 

Późną nocą, do granic możliwości naładowany gitarowymi kompleksami i pozytywną, bluesową energią (miłość do tej muzyki naprawdę graniczy u mnie z obłędem…), wracałem z Katowic samochodem i niedaleko domu, wykonawszy skręt z drogi głównej na podporządkowaną zauważyłem, że kilkaset metrów dalej, na parkingu przy drodze stoi duży, policyjny radiowóz. Jednym z największych prezentów, jakie otrzymałem od natury, jest doskonały wzrok – pewnie dzięki temu już z tej odległości mogłem widzieć, że na widok nadjeżdżającego samochodu siedzący w pojeździe funkcjonariusze ujawnili wyraźne ożywienie, jednoznacznie zmierzając do niezwłocznego opuszczenia radiowozu. Zanim po wyjściu na zewnątrz którykolwiek z policjantów zdążył wykonać jakikolwiek gest, ochoczo i dobrowolnie zjechałem na pobocze, zatrzymując się przy tuż radiowozie. Muszę przyznać, że stróże prawa wyglądali na nieco zdezorientowanych, a ten, który dzierżył służący do sygnalizowania kierowcy, że powinien się zatrzymać świecący przyrząd (nie wiem, jak się to nazywa) przybrał najpierw nieco zakłopotany, a następnie prawie groźny wyraz twarzy. 

sobota, 14 września 2013

Tolerancja

W Polsce dość często zdarza mi się słyszeć wypowiedzi w rodzaju: "nie mam nic przeciwko Murzynom, ale powinni raczej siedzieć w Afryce..." W innych krajach, rzecz jasna, tego typu tendencje również występują, ale jakoś u nas wydają mi się szczególnie wyraźne.

Pod wpływem podobnych obserwacji stworzyłem kiedyś taki, szybki rysuneczek:





Klasyfikowanie jednostek ludzkich na podstawie ich etnicznej czy rasowej przynależności uważam za równie durne, co wkładanie poszczególnych osób w koślawe przegródki psychologicznych teorii. Dyskusje na temat tolerancji i nietolerancji zwykle, jak większość dyskusji, okazują się pozbawione sensu, jednak w tym miejscu zawsze przychodzi mi do głowy, że Murzyni stworzyli jazz, Cyganie są wirtuozami muzyki i rozrywki, i mają prześliczne kobiety, Żydzi są doskonałymi żołnierzami i mają najlepszy wywiad świata, a geje bywają świetnymi kumplami i rozmówcami. 

Czytelników i odwiedzających, z tej okazji, serdecznie zapraszam na rysowniczy profil na Facebooku.  

A jeśli o Cygankach była mowa, to...





niedziela, 25 sierpnia 2013

Zbrodnia i kara. O psychologicznych aspektach absurdów prawa

Na przeglądanie serwisów informacyjnych zwykle szkoda mi zdrowia. Nie mam po prostu ochoty słuchać ani czytać o kolejnym rewelacyjnym pomyśle organów ustawodawczych, niespecjalnie pasjonują mnie celebryckie seksskandale, nie interesuje mnie, która z piosenkarek akurat powiększyła sobie cycki, a który z księży obmacywał ostatnio ministranta.

Krytykowanie to jedno z najprostszych zajęć. Nie wymaga specjalnych kwalifikacji ani nawet angażowania wielkich rezerw umysłowych – wystarczy po prostu stwierdzić, że coś jest do dupy i ewentualnie podać jakiekolwiek racjonalnie brzmiące uzasadnienie deklarowanego stanowiska. Poza tym – sensowna krytyka powinna chyba zawierać propozycje sensownych, bardziej, niż te krytykowane akceptowalnych rozwiązań opisywanego problemu, a – jak zauważyłem – zwykle ich nie zawiera. Ja także nie mam żadnego szczególnie odkrywczego pomysłu na poprawę skuteczności funkcjonowania związanych z sądownictwem procedur. Dlatego ten wpis nie jest krytyką, jest tylko wyrażeniem mojego zdania na temat spraw, które od lat niezmiennie mnie niepokoją. 




Z mojego punktu widzenia nie istnieje coś takiego, jak sprawiedliwość. Jest to pojęcie bardzo względne i między innymi z własnej praktyki zawodowej wiem, że postaci sprawiedliwości jest co najmniej tyle, ile jest osób domagających się sprawiedliwego postępowania w określonej sprawie. Raczej rzadko się zdarza, by ktokolwiek doczekał się w sądzie satysfakcjonującego rozwiązania problemu. Każdy kij ma co najmniej dwa końce, a każdy arbitraż musi być formą wymuszenia pewnego kompromisu. Muszę przyznać, że niemal wszyscy znani mi sędziowie, a widziałem ich w akcji wielu, zwykle naprawdę stawali na głowie, by w konkretnej sprawie nikt nie czuł się za bardzo pokrzywdzony. Jednak każde sądowe rozwiązanie ma swoje dobre i złe strony a każda decyzja jest korzystna dla kogoś i niekorzystna dla kogoś innego. Między innymi dlatego określenie „wymiar sprawiedliwości” uważam za co najmniej nietrafne. Z drugiej strony – na obecnym etapie rozwoju ludzkiej cywilizacji żadne społeczeństwo nie może istnieć bez zinstytucjonalizowanego systemu rozstrzygania sporów. Że wszelkie znane nam systemy tego typu są totalnie nieudolne – nie trzeba chyba nikogo przekonywać. 

niedziela, 30 czerwca 2013

Psychopatia i subtelne odcienie przemocy


Kto pokochał pierwszy władzę?
Kto przestraszył pierwszy się cienia?
Kto zniszczył pierwszą przyjaźń?
Kto otworzył pierwsze więzienia? 

Chłopcy z Placu Broni, Wystarczy żyć


Czasami słyszę, że któryś kraj wprowadza nowoczesne technologiczne rozwiązania w zakresie obrony antyrakietowej. Podobno należy się obawiać, że pewnego dnia na nasze domy, podwórka, szkoły, szpitale, przedszkola i place zabaw spaść mogą bomby, zdolne w jednej chwili zamienić nasze codzienne życie w koszmar. Czasami widuję popularnonaukowe, telewizyjne programy, w których ktoś z szaloną pasją i dzikim zachwytem opowiada o najnowszym modelu karabinu, granatu czy czołgu. Czy te narzędzia mają w sobie cokolwiek fascynującego? Czy może raczej w pewnych ludziach istnieje skłonność do takich fascynacji?

W trakcie II wojny światowej tysiące ludzi ginęły w obozach zagłady.  W czasie, kiedy dzieci szły do komór gazowych, nieliczni, wybitnie przedsiębiorczy przedstawiciele mordowanego właśnie narodu realizowali kokosowe interesy, upychając miliony na objętych ścisłą tajemnicą bankowych kontach. Wojna czy obóz jeniecki to bardzo specyficzne przykłady sytuacji ekstremalnych. Ktoś musiał jednak obmyślić niezwykłą wizję oczyszczenia świata z gorszych ras ludzkich, ktoś inny zaprojektował zaś zdumiewającą i bezprecedensową machinę eksterminacji. Ktoś został kapo, a ktoś nawiązał z najeźdźcą owocną, lukratywną współpracę. Ktoś z entuzjazmem poniósł też w świat pochodnię chorobliwej filozofii segregacji i nienawiści, a skutki zmasowanej, ksenofobicznej propagandy odczuwamy do dziś.


piątek, 26 kwietnia 2013

Kolejny cesarz...

Całkiem niedawno, bezpośrednio po kolejnym z prowadzonych szkoleń, miałem przyjemność odbyć ciekawą, choć krótką pogawędkę z jednym z Uczestników. Ów sympatyczny młodzieniec, żegnając się ze mną, powiedział:

- Wiesz, ja nie wspomniałem, że ja też studiowałem psychologię...
- Oooooo - zaciekawiłem się - to świetnie. A gdzie? 
- W Mysłowicach.   

Przyznam, że w tym momencie trochę zgłupiałem. Nie słyszałem o żadnej kształcącej psychologów uczelni w Mysłowicach (właściwie to nie słyszałem o żadnej w ogóle uczelni w tym mieście...), a przecież mieszkam całkiem niedaleko. 

- To w Mysłowicach jest psychologia??? - zapytałem ze zdziwieniem, żywiąc już zresztą pewne podejrzenia.
- Ojej, no dobra, socjologię, ale... - odparł mój rozmówca, z miną wymownie sugerującą, że zupełnie niepotrzebnie czepiam się nieistotnych szczegółów. 

Bycie psychologiem nader często bywa zabawne i z wielu powodów dziwny jest to zawód. Ale w tym przypadku miałem zapewne do czynienia z kolejnym cesarzem-uzurpatorem, a zainteresowanych odsyłam do jednego z dawniejszych wpisów... 

środa, 3 kwietnia 2013

wtorek, 15 stycznia 2013

Pomiędzy awanturnictwem a wyuczoną bezradnością. Pieniactwo a walka o swoje prawa


W pewnym okresie życia bardzo intensywnie pracowałem jako psycholog sądowy. W pracy tej jednym z najpoważniejszych problemów było wydobycie ze Skarbu Państwa należnego wynagrodzenia (obowiązek wynagradzania biegłych sądowych nie spoczywa na konkretnym, korzystającym z usług biegłego sądzie jako samodzielnej instytucji, choć to właśnie sąd bezpośrednio powoduje wypłatę). Bywało, że na przelew zapierającej dech w piersiach kwoty stu czy dwustu złotych czekało się ponad rok. 



Powodem takiego stanu rzeczy nie był wcale brak dobrej woli ze strony pracowników sądu czy prokuratury. Sądowe procedury, których sprawność i stopień cywilizacyjnego zaawansowania zna każdy, kto choć raz w życiu miał do czynienia z tzw. „wymiarem sprawiedliwości” po prostu nie sprzyjają specjalnie szybkiemu bogaceniu się biegłych. W toku sprawy specjalista, po wykonaniu ekspertyzy przedstawia sądowi rachunek, zaś przewodniczący składu sędziowskiego podejmuje decyzję o jego zatwierdzeniu (lub niezatwierdzeniu…). Pisemne postanowienie o przyznaniu wynagrodzenia otrzymują następnie biegły i strony procesowe, którym w określonym terminie przysługuje prawo zaskarżenia postanowienia, jeśli na przykład ktoś uważa, że specjalista zarabia zbyt dużo… itd. Jak więc widać, uzyskanie wypłaty kilkudziesięciu złotych wcale nie jest w tym przypadku sprawą łatwą.   

wtorek, 27 listopada 2012

Kleksy w sądzie. Projekcyjne czary-mary


Niedawno, przy jakiejś okazji trafiłem na kolejną odsłonę przedstawienia toczącego się wokół problemu stosowania metod projekcyjnych w psychologii. Temat jest bardzo ważny i bardzo drażliwy.  

Od początku wykonywania zawodu należę do grona psychologów prowadzących krwawą i – jak dotychczas - mało skuteczną  krucjatę przeciwko pseudopsychologicznym, magicznym absurdom w uprawianiu stosowanych nauk społecznych. Ponieważ problem metod projekcyjnych, zwłaszcza w odniesieniu do psychologicznej praktyki sądowej uważam za bardzo istotny, postanowiłem napisać dziś parę słów na ten temat.

środa, 21 listopada 2012

Cesarzowi, co cesarskie...


Kiedy potrzebuję porady w zakresie problemów z samochodem, jadę do mechanika. Jeśli boli mnie ząb, zwykle udaję się do dentysty. Problemy z komputerem konsultuję ze znajomymi informatykami, psychologiczne – z innym psychologiem. Warzywa kupuję w warzywniaku, a książki – w księgarni. 

"Bardzo odkrywcze i oryginalne!" – powie ktoś. A jednak, wynikający z wykształcenia i doświadczenia zawodowego społeczny podział obowiązków profesjonalnych najwyraźniej wcale nie jest sprawą oczywistą. 




Że na psychologii wszyscy się znają,  zauważyłem już wiele lat temu. Psychologia jest tylko jednym z tak powszechnie, masowo wręcz, choć amatorsko uprawianych zawodów – to samo zjawisko dotyczy bowiem medycyny, polityki, kynologii i paru innych, bardziej lub mniej popularnych profesji. Kilka razy spotkałem się nawet z sytuacją, w której ktoś bez skrępowania podawał się za „psychologa” tylko dlatego, że ukończył podyplomowy kurs ze słowem „psychologiczny” w nazwie… 

Okazuje się jednak, że nie będąc psychologiem, zupełnie spokojnie wykonywać można świadczenia właściwe dla tego zawodu i to często bez najmniejszego sprzeciwu ze strony odbiorców i użytkowników.